Syreny alarmowe – środa 10 kwietnia 2019. Sprawdź, dlaczego …

Syreny alarmowe – środa 10 kwietnia 2019. Sprawdź, dlaczego ...

Jan Kwietniewski: 10 kwietnia 2010 roku. Tę tragedię każdy z nas przeżył na swój własny sposób. O tym, jak ten dzień wyglądał z perspektywy dziennikarza, który musiał sprostać niesamowitemu wyzwaniu, jakim jest przekazanie tej tragicznej informacji widzom, rozmawiam z Beatą Tadlą. Witaj.

Beata Tadla: Dzień dobry

Jak Ty pamiętasz ten dzień?

To przede wszystkim był dyżur, którego miało nie być, bo byłam na zastępstwie. Zadzwoniono do mnie poprzedniego dnia, bo ktoś się rozchorował, ktoś nie mógł, więc przyjęłam to wyzwanie. Oczywiście nie zdając sobie sprawy, jak ten dzień będzie ostatecznie wyglądał.

Miałaś później pretensje do losu, że tak to się potoczyło? Mówiłaś „mnie tam miało nie być”.

Wydaje mi się, że wszystko, co mnie spotyka w życiu, nie jest ani dobre, ani złe. Z całą pewnością jest to doświadczenie, którego już nigdy nie chciałabym wykorzystać. Ale myślę, że będzie siedzieć we mnie do końca życia, bo był to jeden z dwóch najtrudniejszych dni w moim życiu zawodowym.

Wszechobecny chaos informacyjny. Między innymi tak opisywał to, jak przychodziły do Was informacje, Jarosław Kuźniar w wywiadzie dla Onetu. Dopuszczałaś do siebie myśl, że ta tragedia będzie miała taki wymiar? Że zdarzyło się coś tak niesamowicie złego?

Ja już dużo wcześniej i wiele razy wcześniej „przeżyłam” na antenie różne katastrofy. Tylko to była pierwsza katastrofa z konkretnymi twarzami, konkretnymi nazwiskami. Ludźmi, których się znało. Ludźmi, którzy niekiedy byli jeszcze w tym tygodniu z 10 kwietnia w studiu i siedzieli obok przy tym samym stole, przy którym przyszło nam później opowiadać o tej tragedii. Jasne, że na samym początku myśleliśmy, że coś się stało z tupolewem. Zresztą pierwsze informacje właśnie tak wyglądały. A ponieważ tupolew tyle się wcześniej psuł czy były z nim jakieś kłopoty, to myśleliśmy, że tym razem też ktoś przesadza. Ale w miarę upływu czasu potwierdzały się informacje, do momentu, aż okazało się, że nikt tej katastrofy nie przeżył. Jeszcze wtedy nie mieliśmy świadomości, ile osób było na pokładzie, jak duża była ta delegacja.

Moment, kiedy na zmianę odczytywaliście listę ofiar, był najtrudniejszy tamtego dnia?

To był zdecydowanie najtrudniejszy moment. Bo do nas docierało to po kawałku, z każdą kolejną depeszą. W pewnym momencie na biurku była ich cała sterta. Cała telewizja była wielkim mrowiskiem, ponieważ wszyscy przyszli wtedy do pracy, nawet jeżeli mieli wolny dzień, żeby pomagać, żeby jak te trybiki w dużej rozpędzonej machinie pracować. Pamiętam, że przyniesiono nam fakt. Taki wydruk z faksu lotniskowego, na którym były nazwiska osób, które potwierdziły wylot, ale to nie była ostateczna lista, tych, którzy wsiedli na pokład tupolewa. My to oczywiście na antenie zaznaczaliśmy i chyba 2 lub 3 osoby „uśmierciliśmy”. Nikt nie miał do nas pretensji, bo sytuacja się zmieniała. Odczytywanie tej listy było o tyle straszne, że dopiero wtedy, kiedy czytaliśmy na głos te nazwiska, z którymi nie mieliśmy okazji się wcześniej zapoznać. Zaczynaliśmy czytać. Nazwisko po nazwisku i zaczynało do nas docierać, jaka jest skala tej tragedii – jeszcze ta osoba i jeszcze ta osoba. Wtedy w głowie zaczynały się rodzić takie wspomnienia z każdą z tych osób. Przecież ja wtedy miałam już 20 lat zawodowego doświadczenia, więc w tym czasie spotkałam niemal tych wszystkich ludzi.

To doświadczenie jakkolwiek Cię przygotowało na to, jak wyglądał tamten dyżur? Czy na coś takiego nie można się przygotować?

Nie da się przygotować. My możemy sobie zaplanować na kolegium mnóstwo rzeczy, które tego dnia mają się wydarzyć i relacje z nich możemy sobie zaplanować. Ale potem dzieje się coś nieoczekiwanego i wywraca nam wszystko do góry nogami. A jak się dzieje coś takiego, to wywraca nie tylko dzień, ale wywraca do góry nogami wiele następnych tygodni, miesięcy. Mija 9 lat, a ja wciąż bardzo mocno pamiętam niemal każdą chwilę z tego dnia, z tego dyżuru. Nie da się przygotować, bo w żadnym podręczniku do nauki dziennikarstwa nikt nie napisał do tej pory, jak trzeba się zachować, kiedy ginie prawie 100 najważniejszych osób w państwie. Nikt tego wcześniej nie przeżył, więc to był precedens i nie ma żadnego punktu odniesienia.

Co myślisz, mając w pamięci te obrazy, jak wyglądała polska ulica 10 kwietnia 2010 roku, gdy Polacy zjednoczyli się w obliczu tak wielkiej tragedii i teraz, widząc, że ta tragedia, która wtedy łączyła, teraz dzieli?

Ona zaczęła dzielić bardzo szybko po tym chwilowym zjednoczeniu. Ja miałam taka ogromną potrzebę pójść na te ulice, bo jak skończyłam dyżur, to można było wyrzucić z siebie te emocje, na antenie trzeba było jednak je powściągać. Oczywiście, że mi i Jarkowi głos się łamał.

To, że współprowadziłaś ten program, pomagało? Pomagało, że miałaś z kim dzielić te emocje?

Oczywiście. Jarek Kuźniar jest wspaniałym kolegą i też wspaniałym, bardzo sprawnym dziennikarzem i razem jakoś to przetrwaliśmy. To było dla mnie ogromne wsparcie. Przecież w trakcie dyżuru musieliśmy się przebrać. Ktoś nam przyniósł ciemne ubrania – Jarkowi krawat, mi marynarkę. Ktoś mi wiązał włosy. Nagle ten dyżur z takiego wesołego poranka, jak to w telewizji, stał się najkoszmarniejszym porankiem, jaki przyszło nam obojgu prowadzić. Ten dyżur był przedłużony o kilka godzin, bo trzeba było zupełnie inaczej zorganizować program, zaprosić gości. Przedłużyliśmy, bo to musiało być cały czas na żywo – nie tylko na antenie TVN24, ale też na antenie TVN-u. Po skończeniu dyżuru pamiętam taką scenę, jak wpadliśmy sobie w ramiona, ja się wypłakałam Jarkowi (w ramię – red.). Pobrudziłam mu swoim makijażem całą marynarkę, ale to wtedy było najmniej ważne. Chciałam też, żeby ten dzień, ten moment zapamiętał mój syn. Jak tylko przyjechałam do domu – potwornie zapłakana – wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście i tam byliśmy wiele godzin.

Ciebie budowało to, co tam zobaczyłaś? Że ludzie zjednoczyli się w obliczu tragedii.

Ja tam czułam prawdziwą wspólnotę. Prawdziwy smutek i żałobę. To było takie uczucie, szkoda, że tak krótkotrwałe, prawdziwe, bardzo prawdziwe. Wole pamiętać to jako jedność, jako wspólnotę – takie wspólne przeżywanie strasznej, nieoczekiwanej i bardzo trudnej społecznie rzeczy.

A jaką lekcję dziennikarską wyciągnęłaś z tego tragicznego wspomnienia? Bo to niewątpliwie była tragedia dla każdego z nas.

Dla każdego z nas. Dla tych, którzy musieli o tym mówić i dla tych, którzy nas oglądali. Dla wszystkich, dla każdego Polaka była to rzecz trudna.

Gigantyczny szok, bo chyba nikt nie dopuszczał do siebie takiej wiadomości, że ta tragedia może być tak wielka.

W ogóle nie dopuszczamy do siebie myśli, o tym, że może spotkać nas coś smutnego, złego, takiego mocno doświadczającego w takich najczulszych obszarach naszego życia. Dla mnie jaka to była lekcja dziennikarska? Jednorazowa, mam nadzieję. Taka, której doświadczyłam i mi się nigdy więcej nie przyda, bo nie wydarzy się już taka tragedia – przynajmniej taką mam nadzieję, że już nic takiego się nie stanie, bo wyciągnięto wnioski. Bez względu, czy ginie ktoś znany, lubiany, czy nielubiany to zawsze jest śmierć.

A jaką lekcję, Twoim zdaniem, my, jak Polacy powinniśmy wynieść z tragedii z 10 kwietnia?

Ja myślę, że każdy powinien przepracować to we własnym sumieniu, tak jak potrafi, we własnym sercu. Nikt nikomu nie powinien narzucać, jak ma myśleć i jak ma przeżywać. Mimo tych 9 lat, które upłynęły, jest cały czas to silne emocjonalnie. Szczególnie wśród ludzi, którzy byli wtedy blisko. My powinniśmy… Chociaż właściwie nie umiem powiedzieć, co powinniśmy, bo każdy sam o tym zdecyduje. Ale ja bym chciała, żebyśmy zawsze myśleli o sobie w kategoriach szacunku i w kategoriach życzliwości. Takiej zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

Dziękuję.


Czytaj więcej…

9 lat temu nikt nie chciał w to uwierzyć

10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku robił się prezydencki TU 154M. Na jego pokładzie znajdowało się 88 pasażerów i 8 członków załogi. Lecieli do Rosji, by wziąć udział w uroczystości związanej z 70. rocznicą zbrodni katyńskiej. Na Polskim Cmentarzu …

Źródło: fakt.pl

Syreny alarmowe – środa 10 kwietnia 2019. Sprawdź, dlaczego …

W środę, 10 kwietnia 2019 o godzinie 8:41 w związku z 9. rocznicą katastrofy smoleńskiej zawyją syreny alarmowe. Ciągły sygnał potrwa minutę i będzie równocześnie treningiem systemu wykrywania oraz alarmowania. Celem treningu będzie wyemitowanie …

Źródło: Wirtualna Polska

„To był najtrudniejszy moment”. Beata Tadla o poranku 10 kwietnia

Smoleńsk. Beata Tadla w rozmowie z RadioZET.pl wspomina poranek 10 kwietnia 2010 roku. „To przede wszystkim był dyżur, którego miało nie być, bo byłam na zastępstwie. Zadzwoniono do mnie poprzedniego dnia, bo ktoś się rozchorował, ktoś nie mógł, …

Źródło: Radio ZET

Apel ku pamięci ofiar katastrofy 10 kwietnia 2010 r. Odczytano 96 …

Przed Pałacem Prezydenckim o godz. 8.41 odbył się Apel Pamięci poświęcony ofiarom katastrofy smoleńskiej, po którym odśpiewano uroczyście hymn państwowy. Szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Kasprzyk odczytał …

Źródło: TVP Info

10 kwietnia: Które szkoły i przedszkola bez zajęć?

Trwa strajk nauczycieli. Sprawdź, gdzie nie będzie zajęć. Szkoła Podstawowa nr 315. Świdnica. 10 kwietnia br. z powodu trwającej akcji strajkowej, w niżej wymienionych świdnickich samorządowych przedszkolach i szkołach podstawowych będą …

Źródło: Swidnica24.pl (komunikaty prasowe)

Dlaczego dziś wyją syreny? Wycie syren w mieście 10 kwietnia 2019

W środę 10 kwietnia o godzinie 8.41 w związku z dziewiątą rocznicą katastrofy smoleńskiej zawyją syreny alarmowe. Sygnał ciągły emitowany będzie przez minutę. Będzie to jednocześnie trening systemu wykrywania i alarmowania. 10 kwietnia 2010 roku w …

Źródło: Express Ilustrowany

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *