Klucz do sukcesu z chaosu. Mecze Polski z Austrią miały wyjątkową …

Klucz do sukcesu z chaosu. Mecze Polski z Austrią miały wyjątkową ...

Tomasz Frankowski powołany na żądanie mediów, Radosław Kałużny wyciągnięty z niebytu, targi transferowe z udziałem kilku piłkarzy podczas przygotowań – starcia Polski z Austrią o kwalifikacyjne punkty miały niezwykłą otoczkę, ale najważniejsze, że biało-czerwoni obydwa wygrali, strzelając rywalom w sumie aż sześć goli. 

Franek łowca bramek

Mijała już godzina gry na wiedeńskim Praterze. Trwał nasz trzeci grupowy mecz w walce o niemiecki mundial. Polacy zaczęli dobrze, szybko strzelili gola, ale Austriacy wyrównali i złapali wiatr w żagle, szukali drugiej bramki. Selekcjoner Paweł Janas nerwowo przestępował z nogi na nogę. Gdyby mógł, chętnie by zapalił. – „Franek”, zaraz wchodzisz! – krzyknął do Frankowskiego. 

– Byłem na ławce, a wtedy nastawienie w głowie jest inne, niż gdy się gra od początku. Wiedziałem, że teraz trzeba za wszelką cenę pokazać, że zasłużyłem na powołanie, że wszyscy na mnie patrzą, ale Mirek Szymkowiak i Maciek Stolarczyk, którzy też byli rezerwowymi, mieli na mnie dobry wpływ. „Ty już pokazałeś w lidze. A teraz zwyczajnie wejdź i zagraj to, co umiesz” – rzucił mi Maciek. Znakomita rada – uśmiecha się Frankowski. Od razu zrobił pod bramką rywali sporo zamętu. Po faulu na nim z rzutu wolnego trafił Jacek Krzynówek. Gospodarze rzucili się do odrabiania strat i wtedy zostali wzorowo skarceni. Przez kogo? No oczywiście przez Frankowskiego. 3:1 dla Polski!

Wcześniej Janas nie widział go w składzie, nie powoływał. Nic nie robił sobie z tego, że od początku sezonu strzelał w Wiśle Kraków gole jak na zawołanie, na dodatek grał w niej u boku Macieja Żurawskiego, wręcz prosiło się, by wykorzystać tę współpracę w reprezentacji. Janas jednak wolał w ataku przy „Żurawiu” ustawiać Grzegorza Rasiaka, a jeśli nie jego, to Andrzeja Niedzielana albo Piotra Włodarczyka. Frankowski, według niechętnie dzielącego się swoimi przemyśleniami trenera, do kadry po prostu się nie nadawał. Tak to czuł i trudno było go przekonać, że jest w błędzie. Że strzela w lidze? – Tak to ja też bym strzelał – argumentował po swojemu Janas. Gdy jednak w pierwszych siedmiu meczach sezonu „Franek łowca bramek” walnął aż 12 goli, selekcjoner nie mógł nadal udawać, że nie robi to na nim żadnego wrażenia. 

– Nie ma co ukrywać, że dociekliwość i hmm… wręcz upierdliwość mediów pomogła. Gazety pisały, że kiedy mam grać w kadrze jeśli nie teraz. I trener mnie powołał. Nie twierdzę, że się ugiął pod czyimś naciskiem. Zakładam, że moje gole wreszcie go przekonały – dyplomatycznie ocenia Frankowski. 

Powrót Taty

Eliminacje Polacy zaczęli od wyjazdowego zwycięstwa w Belfaście nad Irlandią Północną (3:0), ale potem było 1:2 z Anglią na Stadionie Śląskim. Margines błędu już na początku został zredukowany do minimum. Mecz z Austrią trzeba było wygrać, a już na pewno nie przegrać, żeby myśleć co najmniej o drugim miejscu w grupie, które w najgorszym wypadku dawało przywilej gry w barażu. Janas nie chciał zaniedbać żadnej szansy, żeby później nie żałować. Dlatego pojawił się Frankowski, a wraz z nim Radosław Kałużny, który wcześniej stanowczo zrezygnował z kadry. 

Powrót piłkarza Bayeru Leverkusen budził ogromne kontrowersje. Rok wcześniej miał za złe Janasowi, że powołał go na wyjazdowy mecz z Łotwą (2:0), ale w Rydze nie załapał się nawet do osiemnastki. – Strzeliłem focha. Na trybunach usiadłem razem z trzecim bramkarzem. Wypiliśmy morze alkoholu. Następnego dnia powiedziałem Janasowi, żeby więcej do mnie nie dzwonił. Postanowiłem wylecieć pierwszym samolotem – wspomina Kałużny w autobiografii „Powrót Taty”. Ale Janas dzwonił i to uparcie. Uznał, że go potrzebuje. Kałużny nagle dał się przekonać. Przyjechał na zgrupowanie w Niemczech. To była dla niego trudna sytuacja. Nie lubił mediów, a media nie lubiły jego. Powołanie dziwiło, bo w Bayerze, a był już przecież początek października, od początku sezonu zdążył zagrać w dwóch meczach 104 minuty. Janas wystawił go jednak w środku pola i to od początku spotkania, jakby chciał mu z nawiązką zrekompensować tamtą zsyłkę na trybuny w Rydze. A jeszcze dziwniejsze było to, że właśnie Kałużny w 10. minucie strzelił na 1:0! Nie zrobił już kariery w kadrze i szybko z niej odpadł, lecz w tym jednym meczu się przydał. 

– Wygrane starcie z Austrią i potem 3:2 z Walią kładły podwaliny pod nasz awans – zaznacza Frankowski. Cztery dni później w Cardiff znowu wszedł do gry z ławki i znowu – tym razem przy stanie 0:1 – pokonał walijskiego bramkarza.

Nowe napięcie

Gdy we wrześniu następnego roku Polacy zagrali z Austriakami w Chorzowie, byliśmy na prostej drodze do awansu, może nawet z pierwszego miejsca w grupie. Ale zanim zaczął się dramatyczny i szczęśliwy dla nas mecz, znowu było sporo napięcia i chaosu na zgrupowaniu. W końcówce sierpnia aż czterech piłkarzy gorączkowo negocjowało transferowe kontrakty, wyjeżdżali na ostateczne rozmowy. Wśród nich był przechodzący z Wisły do Elche Frankowski, który nie zdążył na ostatni sparing kadry. Wkurzony Janas nie wystawił go w rewanżu z Austriakami, ale tym razem Polacy poradzili sobie bez niego (3:2), choć nie obyło się bez ogryzania paznokci. Sześć punktów ugranych na Austriakach było kapitałem, który przełożył się na awans. 


Czytaj więcej…

Klucz do sukcesu z chaosu. Mecze Polski z Austrią miały wyjątkową …

Tomasz Frankowski powołany na żądanie mediów, Radosław Kałużny wyciągnięty z niebytu, targi transferowe z udziałem kilku piłkarzy podczas przygotowań – starcia Polski z Austrią o kwalifikacyjne punkty miały niezwykłą otoczkę, ale najważniejsze, …

Źródło: Przegląd Sportowy

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *