Czy lądowanie w Normandii mogło wydarzyć się rok wcześniej?

„Uwaga!” TVN: Zgwałcił, skrępował i zakneblował 9-latkę ...
  • D-Day mógł w ogóle nie nastąpić – decyzję o inwazji podjęto po trwającym 2 lata sporze, tak zajadłym, że mógłyby zachwiać solidarnością aliantów
  • Premier Winston Churchill, po krwawych doświadczeniach I wojny światowej, obawiał się ponownego wysłania brytyjskich żołnierzy na front na kontynencie
  • Brytyjczycy zwlekali również dlatego, że nie byli militarnie przygotowani, a ich armii groziła klęska w Afryce Północnej
  • Wahać zaczął się też prezydent Franklin D. Roosevelt, zapewne obawiając się braku odpowiedniego przygotowania sił amerykańskich
  • W trakcie przygotowań, nawet amerykańscy dowódcy zdali sobie sprawę, że ich oddziały nie są przygotowane, by stawić czoła Niemcom
  • Kiedy w maju 1944 r. Churchill wyraził ostateczną zgodę na inwazję, był zdruzgotany i zrobił to wbrew własnej woli

O 6.30 rano 6 czerwca 1944 r. amerykańscy żołnierze z kompanii A 116. pułku piechoty dopłynęli do odcinka o kryptonimie „Dog Green” na plaży oznaczonej w planach inwazji Normandii jako Omaha. Po dziesięciu minutach 321 spośród 341 żołnierzy, z których składała się pierwotnie ta jednostka, leżało zabitych lub rannych od kul niemieckich karabinów maszynowych.

Ci, co przetrwali ogień – 4 procent stanu osobowego – schronili się za falochronem u stóp klifu. Niektórzy z rannych leżeli w wodzie, nie mogąc się poruszyć. Kiedy nadszedł przypływ, utonęli.

A kiedy zapadał wieczór, kompania już nie istniała.

Jednak to poświęcenie nie poszło na marne. 6 czerwca na pięciu wąskich plażach desantowało się w sumie 156 tys. żołnierzy amerykańskich, brytyjskich i kanadyjskich i wraz z jedną brytyjską i dwiema amerykańskimi brygadami spadochronowymi zaatakowało pozycje niemieckie.

Siedem tygodni później – po ciężkich walkach w bliskim kontakcie z wrogiem wśród żywopłotów Normandii – operacja „Kobra” uczyniła tak głęboki wyłom w niemieckich liniach, że amerykańskie dywizje pancerne wdarły się na wiejskie obszary Francji. Paryż upadł w sierpniu. Dziewięć miesięcy, po tym jak alianci odparli niemiecką kontrofensywę w Aredenach, Niemcy poddały się.

Amerykanie w swej naiwności uważają, że do D-Day i ostatecznego zwycięstwa prowadzi droga tak prosta i oczywista jak ciąg upadających kostek domina. Zdarzenia z tamtych czasów wydają się bowiem uporządkowane jakąś niewidzialną ręką. Ale każdy wojskowy wam powie, że nie ma niczego równie niepewnego jak wojna, zwłaszcza w momencie, kiedy się ją toczy.

A D-Day wcale nie musiał się wydarzyć. Decyzję o inwazji podjęto po trwającym dwa lata sporze tak zajadłym, że mógł zachwiać solidarnością aliantów.

Historycy nadal toczą spór o to, czy moment inwazji był optymalny.

Gdyby Brytyjczycy zgodzili się przeprowadzić ją wcześniej, całe Niemcy wpadłyby w ręce Anglików i Amerykanów, a nie Armii Czerwonej.

Gdyby Amerykanie byli lepiej przygotowani do wojny, żelazna kurtyna znalazłaby się dalej na wschodzie.

Gdyby Franklin D. Roosevelt i Winston Churchill myśleli bardziej klarownie, można było uniknąć krwawych kampanii w Afryce Północnej – w 1942 – oraz na Sycylii i południu Włoch – w 1943. 

Wielu Amerykanów może ulegać tej „gdybologii”, ale nie Brytyjczycy. Bo za kontrowersjami wokół D-Day kryje się wiele prawd, o których wszyscy woleliby zapomnieć.

W 1941 r., kiedy USA przystąpiły do wojny, Brytyjczycy walczyli z Niemcami już od dwóch lat. Brytyjczycy dobrze znali Niemców, bowiem walczyli z nimi dwadzieścia lat wcześniej w I wojnie światowej i stracili wówczas milion żołnierzy. Dla Amerykanów określenie „stracili” było nieco abstrakcyjne – oznaczało pokolenie szukające dla siebie przyszłości, ale dla Brytyjczyków było bardzo prawdziwe.

Kiedy skończyła się tamta wojna, która miała na zawsze zakończyć wszelkie wojny, młodzi ludzie w Wielkiej Brytanii nie byli częścią „straconego pokolenia”, tylko po prostu ich nie było. Leżeli w grobach we Francji, polegli w najgorszej wojnie, jaką świat widział. I Brytyjczycy nie zamierzali dopuścić, żeby się powtórzyła.

25 marca 1942 r. – cztery miesiące po zbombardowaniu Pearl Harbor – prezydent Franklin D. Roosevelt słuchał szczegółowej prezentacji na temat strategii mającej dać Amerykanom zwycięstwo w II wojnie światowej.

Plany US Army przedstawiał szef sztabu George Marshall. Jak twierdził, Amerykanie wraz z sojusznikami muszą zapewnić dalszy udział Rosji w wojnie. A najlepszym sposobem byłoby desant armii alianckich jesienią 1942 r. na francuskie porty. Operacja „Sledgehammer” odciążyłaby Armię Czerwoną, bowiem zmusiłaby Niemcy do wysłania na zachodni front dywizji walczących wówczas w Rosji. Na początku 1943 r. alianci mogliby ze zdobytych przyczółków zacząć odbijanie Francji. 

Niecały tydzień później Roosevelt napisał do brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, by przekonać go do tego planu, po czym wysłał z tą samą misją do Londynu Marshalla i swojego doradcę Harry’ego Hopkinsa. Obaj wiedzieli, że zadanie będzie trudne.

Churchill wciąż miał w pamięci ogromne straty w I wojnie, kiedy to brytyjskie dywizje zostały zmiażdżone w okopach Francji. On sam był obciążany winą za klęskę kampanii dardanelskiej (zapamiętaną jako bitwa o Gallipoli). Ale Hopkins i Marshall mieli asa w rękawie, to znaczy lekko zawoalowaną groźbę: albo Brytyjczycy zgodzą się na tę operację, albo USA zwrócą swoją uwagę i znaczne siły na walkę z Japonią na Pacyfiku.

Jednak Churchill był podobnie jak Roosevelt wytrawnym politykiem, więc kiedy Hopkins z Marshallem zaprezentowali plan operacji „Sledgehammer” entuzjastycznie pokiwał głową i się uśmiechnął. Nie tylko zgadzał się na szybką inwazję na Francję, ale wręcz był, jak twierdził, jej entuzjastą.

Marshall był oszołomiony, zwłaszcza gdy Churchill oznajmił, że jego decyzja jest „nieodwracalna”. Przyglądając się z boku lekarz Churchilla Charles Wilson, uśmiechał się pobłażliwie. Jak napisał w swoim dzienniku, Churchill po prostu wykalkulował sobie, „że nie czas na kłótnie”.

Ale Marshalla nie było łatwo nabrać. W ciągu paru tygodni wysłał do Londynu swojego asystenta Dwighta Eisenhowera, żeby naciskał na brytyjskie dowództwo w sprawie uruchomienia operacji. I wtedy odmowa Churchilla stała się jasna. Eisenhower spotykał się ze swoimi brytyjskimi odpowiednikami, którzy podobnie jak ich premier uśmiechali się, kiwali głowami, mówili „super” albo „o to chodzi”, ale nie robili absolutnie nic. Eisenhower miał problem nawet, żeby dodzwonić się do Churchilla.

Wreszcie 8 lipca dowództwo brytyjskiego sztabu postanowiło postawić sprawę jasno i otwarcie sprzeciwiło się planom Amerykanów. Mieli ku temu dobre powody. Nie dysponowali wystarczającymi środkami, nie odbyło się żadne wspólne szczegółowe planowanie. A co gorsza, ich armia w Afryce północnej stała w obliczu zagłady z ręki Afrika Korps pod dowództwem generała Irwina Rommela.

Marshall wpadł w furię. W ciągu paru dni wysłał do Roosevelta (przebywającego w swoim domu w Hyde Park w stanie Nowy Jork) wiadomość, przedstawiając decyzję Londynu w najgorszych słowach. „Moim celem pozostaje przymuszenie Brytyjczyków do zgody na skoncentrowane działanie przeciwko Niemcom. Jeśli to się okaże niemożliwe, trzeba natychmiast przekierować istotne siły na Pacyfik i dążyć do rozstrzygnięcia na froncie z Japonią”, pisał.

Ale pomiędzy marcem a lipcem 1942 r. w myśleniu Roosevelta zaszła zmiana, chociaż do dziś nie jest jasne co uległo zmianie i dlaczego. Być może przekonał go osobiście Churchill podczas tzw. drugiej konferencji waszyngtońskiej w czerwcu.

Albo zrozumiał, że Amerykanie, choć dysponują siłami i środkami, też są nieprzygotowani.

I wojna światowa stworzyła wielkich dowódców polowych, ale Marshall i Eisenhower nie należeli do tego grona. Marshall służył wtedy jako wyższy oficer sztabowy, zaś Eisenhower przebywał w Ameryce i nigdy nie powąchał prochu na polu bitwy. Jedynym wysokim rangą dowódcą z istotnym doświadczeniem polowym pozostawał Douglas MacArthur, który dowodził wtedy na Pacyfiku.

Równie możliwe jest, że Roosevelt liczył, iż po odepchnięciu Niemców spod Moskwy poprzedniej zimy Armia Czerwona już nie była narażona na zagładę, co pozwalało aliantom na odłożenie w czasie inwazji na Francję.

Roosevelt odpowiedział na memorandum Marshalla formalnymi uprzejmościami, które ledwo skrywały złość. „W odniesieniu do proponowanej alternatywy w postaci działań na Pacyfiku, proszę dosłać jeszcze dziś po południu samolotem przekrojowy plan, w tym szacowany czas oraz całkowitą liczbę okrętów, samolotów i oddziałów lądowych. A także wszelkie propozycje co do wycofania istniejących lub przewidzianych do rozmieszczenia okrętów, samolotów i sił lądowych z Atlantyku. Proszę też o informację, jaki efekt wywołałaby taka operacja w ciągu roku na froncie rosyjskim i bliskowschodnim”, napisał.

Marshall był przygnębiony: nie miał gotowych planów. Przyznał to w odpowiedzi Rooseveltowi, dodając, że ich opracowanie „wymagałoby znacznego wysiłku planistycznego, który zająłby znaczną ilość czasu”.

To był ten moment, kiedy Roosevelt i Marshall byli bliscy całkowitego zerwania. I po raz pierwszy Marshall, niemal tak sprawny w rozgryzaniu przeciwnika jak Roosevelt, nie docenił swojego prezydenta. To się już miało nigdy nie powtórzyć.

14 lipca Roosevelt polecił Marshallowi, Hopkinsowi oraz dowódcy marynarki Ernestowi Kingowi, by udali się do Londynu celem sformalizowania planów inwazji na Afrykę Północną – miała to być operacja „Torch”.

Niedługo potem doszło do spięcia. Rankiem 20 lipca podczas spotkania z dowództwem brytyjskiego sztabu Marshall stwierdził, że wszelkie działania poza pełną inwazją na Europę w najkrótszym możliwym terminie będą „jedną z największych pomyłek w dziejach wojskowości”. Brytyjczycy po drugiej stronie stołu milczeli nieporuszeni.

W ciągu następnych dni spory narastały, aż wreszcie 22 lipca Marshall zwrócił się do Roosevelta o instrukcje. Odpowiedź nadeszła po paru godzinach. Prezydent polecił porzucić plany operacji „Sledgehammer” i dojść do porozumienia z Brytyjczykami „w sprawie operacji, która zaangażowałaby amerykańskie siły lądowe w działania przeciwko nieprzyjacielowi w 1942 r.”.

Marshall był zbity z tropu, ale nie miał innego wyjścia. W ciągu następnych trzech dni naszkicował plan inwazji na Afrykę Północną pod dowództwem Eisenhowera.

Inwazja na Europę została przełożona na 1943 rok albo nawet dalej, na 1944 rok. Eisenhower był wstrząśnięty tym doświadczeniem. Czuł się tak, jakby Brytyjczycy samą siłą woli zmienili bieg wojny. O 22 lipca mówił jako o „najczarniejszym dniu w dziejach”.

Spory o operację „Sledgehammer” były pierwszą okazją, kiedy w czasie wojny Brytyjczycy pokłócili się z Amerykanami, ale nie ostatnią.

Brytyjczycy grali na zwłokę w sprawie inwazji na Francję jeszcze przez 15 miesięcy w trakcie co najmniej pięciu spotkań dwustronnych. W Casablance w styczniu 1943 r. przekonywali do inwazji na Sycylię i Włochy, po raz kolejny odsuwając na potem D-Day. Cztery miesiące później nalegali, żeby się skupić na planowaniu kampanii włoskiej.

Marshall i wyżsi dowódcy amerykańscy byli bardzo zirytowani. Brytyjczycy nie chcieli dobrać się ostatecznie do Hitlera, tylko, jak twierdził Marshall „skubać go w pięty”. Podczas konferencji w Quebecu w sierpniu 1943 r. Brytyjczycy wreszcie zgodzili się, by D-Day wyznaczyć na 1944 rok, ale kategorycznie nie chcieli ustalić konkretnej daty.

Oba dowództwa toczyły spór, który czasami przeobrażał się w otwartą awanturę. Ale następnie, w pełni świadome, że przetrwanie zależy od współpracy, budowały nowe porozumienie. Wreszcie podczas spotkań w Kairze i Teheranie (w listopadzie 1943 r.) Brytyjczycy już zdawali sobie sprawę, że nie można dłużej odkładać decyzji o inwazji. Postanowiono, że alianci zdesantują się we Francji w czerwcu 1944 r.

Różnice między postawą obu dowództw wojskowych miały naturę fundamentalną i były zakorzenione w historii. Amerykanie mieli w bród zasobów i miliony ludzi gotowych stanąć pod bronią. Brytyjczycy w 1942 r. już jechali na ostatnich resztkach sił i środków. Poza tym Wielka Brytania zawdzięczała swoje przetrwanie kontroli nad morzami – Royal Navy panowała na nich od czasów bitwy pod Trafalgarem w 1805 r.

Amerykańska tradycja wojskowa była zupełnie inna, ugruntowana w najkrwawszym konflikcie w historii USA, czyli wojnie domowej. Dowódcę unionistów Ulyssesa S. Granta zapytano, jaką ma strategię. Grant odparł, że będzie ścigał armię Roberta E. Lee, dokądkolwiek ta się skieruje. Wojna to nie partia szachów. Chodzi o to, żeby znaleźć, dopaść i zniszczyć armię wroga.

Marshall i Eisenhower głęboko wierzyli w tę zasadę. Wojny w Europie nie da się wygrać w Afryce czy we Włoszech.

Ale powoli, ostrożnie, obaj zaczęli doceniać i rozumieć brytyjskie podejście. Walka z Niemcami w Afryce Północnej nie rozstrzygnie o zwycięstwie w wojnie, ale może stworzyć okazję do przetestowania gotowości bojowej wojsk amerykańskich.

A ta w 1942 r. wcale nie była taka wysoka. Pierwszy raz Amerykanie stanęli naprzeciw Niemcom w bitwie o przełęcz Kasserine (Tunezja) w lutym 1943 r. Ponieśli upokarzającą klęskę. Brytyjscy żołnierze kpili z Amerykanów, mówiąc o ich armii „nasi Włosi”.

Eisenhower był zażenowany i dokonał głębokich zmian w dowództwie. Ale nie przyznał otwarcie, że Brytyjczycy mieli rację w sprawie operacji „Sledgehammer”: gdyby klęska taka jak w Tunezji trafiła się we Francji w 1942 albo 1943 r., mogłaby się okazać fatalna w skutkach dla całej wojny.

W listopadzie 1943 r. brytyjski sztab uznał logikę faktów. Zwycięstwo w Afryce Północnej i na Sycylii oraz inwazja na Włochy sprawiły, że desant na Francję stawał się konieczny. Ale nie osłabiło to ciągłego napięcia w kontaktach między dowództwami.

Animozje dochodziły do niezwykłego poziomu. Bliski przyjaciel Eisenhowera generał Mark Clark powiedział dziennikarzom, że sądzi, iż Napoleon miał rację: lepiej walczyć z sojusznikiem niż nim być. Patton, który pogardzał brytyjskim marszałkiem Bernardem Law Montgomerym, był zdumiony, gdy dowiedział się, że Eisenhower mianował właśnie jego jako głównego planistę D-Day. – Ike (przezwisko Eisenhowera) jest bardziej brytyjski od Brytyjczyków – stwierdził.

Ale ta nominacja była inteligentnym posunięciem, pomimo faktu, że marszałek – arogancki egoista – uznał to za dowód, iż Eisenhower uważa go (a nie siebie samego) za ważniejszą postać. – Kiedy chodzi o wojnę, Ike nie umie odróżnić Bożego Narodzenia od Wielkiejnocy – powiedział kiedyś. Eisenhower to zignorował, bo wiedział, iż przy wszystkich swoich wadach Montgomery był świetnym planistą.

Plan inwazji na Francję pozostaje jego pomnikiem. Dwie armie po cztery korpusy każda złożone z sześciu dywizji desantujące się na 80-kilometrowy odcinek plaż, idąc od zachodu na wschód: Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword. 

Churchill wreszcie musiał z żalem ustąpić i zgodzić się na to, czego nigdy nie chciał. Kiedy Montgomery przedstawił 15 maja 1944 r. swój plan Eisenhowerowi, Churchillowi oraz dowódcom wojsk biorących udział w desancie, premier ledwo był w stanie się odezwać.

Ogarnięty rozpaczą ukrywał twarz w dłoniach, ale wiedział, jakie są bezwzględne realia: Wielka Brytania nie tyle jechała już na resztkach, co wszystkie zostały już zużyte. Zabitych żołnierzy nie było kim zastąpić. Wielkie wyrwy w brytyjskich liniach miały takimi pozostać.

Tydzień później, przyjmując w swoim domu na obiedzie Eisenhowera, premier pochylił się nad stołem ze łzami w oczach i powiedział: „Jestem w tym z panem, do końca”. Eisenhower przytaknął i w pewnym momencie chwycił Churchilla za rękę. Jak na niego był to wyjątkowo emocjonalny gest. – Musimy to zrobić – odrzekł.

Odwiedziłem plaże Normandii 22 lata temu z moim przyjacielem Edem, weteranem ciężko rannym w Wietnamie. Stracił na wojnie część nogi i oko, prawe ramię i rękę miał bardzo zdeformowane. Nie chciał wózka inwalidzkiego, chodził podpierając się kulą i laską.

Wydawałoby się, że to spowolni tempo naszego przemieszczania się, ale wcale tak nie było. Widziałem, jak pokonuje niewyobrażalne przeszkody, podobne do tych, jakie czekały nas podczas wyprawy na plażę Omaha.

Był sierpień, ale pochmurne niebo zapewniało umiarkowaną temperaturę. Zatrzymaliśmy się w gospodzie we wsi Sainte-Mere-Eglise położonej ponad plażami. Wyzwolili ją w pierwszym dniu inwazji amerykańscy spadochroniarze, którzy bili się z Niemcami o każdy dom. Teraz normandzcy rolnicy spędzali tam czas oglądając w telewizji i obstawiając wyścigi konne. A przy okazji zerkali na turystów takich jak my odwiedzających miejsca bitwy.

Zeszliśmy w dół klifu na plażę Omaha, potem szliśmy po piasku (to był trudny marsz) aż wreszcie przystanęliśmy. Ed obrócił się w stronę klifu, rozejrzał się, potem wskazał kulą na prawo: – To jest strefa Dog Green a tam dalej wąwóz Vierville.

Na plaży tego dnia nie było nikogo, słychać było wyraźnie fale obmywające piasek za nami. W powietrzu nad nami szybowały, krzycząc, mewy. Nie widać było żadnych pomników, wyrazów czci dla poległych, oznaczeń miejsc walki. Plaża wyglądała tak jak zawsze, jak wiele lat temu. Zdałem sobie potem sprawę, że Normandia jest sama własnym pomnikiem. Jej plaże stanowią żywą pamiątkę tego, co się tam zdarzyło w 1944 r.

Czy wydarzenia mogły się potoczyć inaczej? Z pewnością. Eisenhower mógł wszak rozkazać generałowi Clarkowi, żeby wstrzymał kampanię we Włoszech i utworzył krótką linię obrony daleko na południu Półwyspu Apenińskiego. W ten sposób można było przerzucić stamtąd ludzi i sprzęt i wysadzić na plażach Normandii dwie dodatkowe dywizje.

A może Marshall i Eisenhower powinni byli ze wszech sił przekonać Roosevelta, że „Sledgehammer” się uda.

W takim wypadku alianci zdobyliby przyczółek we Francji już w 1942 r., potem przez parę miesięcy wzmocniliby swoją obecność i odbili cały kraj w 1943 r. Wojna skończyłaby się rok wcześniej, tysiące Amerykanów uniknęłoby śmierci – np. żołnierze ze 116. pułku, którzy 75 lat temu rzucili się wprost w piekło.

Ale za każdym razem, gdy tak rozmyślam, przychodzi mi do głowy opowieść o wielkim dowódcy Konfederatów w wojnie secesyjnej Robercie E. Lee. Wiele lat po klęsce Południa Lee był rektorem Washington College w Lexington w stanie Wirginia (obecnie uczelnia nazywa się Washington and Lee University).

Zgłosił się do niego na wywiad pewien młody dziennikarz. Lee jak zawsze uprzejmy odpowiadał na pytania, aż do momentu kiedy rozmówca wstał i rozwinął plan sytuacyjny bitwy pod Gettysburgiem. Zaczął pytać generała o taktykę – czy Lee mógł skierować swoją armię na prawo, okrążając wojska Unii z flanki? Pokazywał przy tym ten ruch na mapie.

A może Lee powinien był dokonać dokładniejszego rozpoznania pozycji wroga? I tak dalej, i tak dalej, stopniowo wyłuszczał swoją własną strategię wygrania tej bitwy. Gdyby tylko Lee zrobił to czy tamto… Gdyby, gdyby.

Lee słuchał uważnie, potakując od czasu do czasu. Kiedy dziennikarz skończył, uśmiechnął się. – Tak, ma pan całkowitą rację, teraz dobrze to widzę – odparł. – Ale gdzie pan wtedy się podziewał? Gdyby tylko był pan wtedy ze mną i to wszystko mi powiedział…

Mark Perry jest pisarzem, który mieszka w Arlington w Virginii. Jest autorem książki „Four Stars: The Inside Story of the Forty-Year Battle Between the Joint Chiefs of Staff and America’s Civilian Leaders. Śledź go na @markperrydc

Redakcja: Michał Broniatowski


Czytaj więcej…

Czy lądowanie w Normandii mogło wydarzyć się rok wcześniej?

Amerykanie zaproponowali Brytyjczykom lądowanie w Normandii już w 1942 roku i gdyby dokonano tego już wtedy, to II wojna mogłaby trwać dużo krócej, a świat po jej zakończeniu wyglądałby zupełnie inaczej – zapewne bez Żelaznej Kurtyny, za którą …

Źródło: Onet.pl

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *