Aktor użyteczny. Włodzimierz Press kończy 80 lat

Aktor użyteczny. Włodzimierz Press kończy 80 lat
  • 13 maja 80. urodziny obchodzi Włodzimierz Press
  • Press jest cenionym aktorem teatralnym i dubbingowym, ale największą popularność przyniosła mu rola Grigorija Saakaszwilego w serialu „Czterej pancerni i pies”. Grał ją w latach 1966-1970. Na planie poznał swoją żonę, z którą jest związany do dziś
  • Aktor nie ukrywa, że na fakt, iż nie zrobił wielkiej kariery filmowej, wpływ ma jego charakter. – Niekoniecznie muszę grać główne role i wcale o nie nie zabiegam – tłumaczy
  • Urodził się we Lwowie w rodzinie żydowskiej. Ojciec zginął w Treblince
  • Po wybuchu stanu wojennego aktor wyemigrował do Francji, po kilku latach jednak wrócił
  • W 2012 roku Pressa nagrodzono Feliksem Warszawskim

– Nie lubię się narzucać, nie walczę o siebie – mówi Włodzimierz Press, niezapomniany Grigorij Saakaszwili z „Rudego” czołgu 102, należącego do tytułowych „Czterech pancernych”, którzy w drugiej połowie lat 60. podbili serca niemal wszystkich widzów w Polsce. I podbijali przez następne dekady, znacząco rozbudzając wśród młodych ludzi ducha przygody. Kto nie chciał być kiedyś Jankiem Kosem? Kto nie bawił się na podwórku w „Rudego”? Kto nie zachwycał się urodą Marusi?

Press jako jedyny z głównej obsady słynnego serialu nie zrobił po jego zakończeniu wielkiej filmowej kariery, chociaż aktywny zawodowo pozostaje do dziś. Jest cenionym aktorem teatralnym i dubbingowym, przed kamerą pojawia się jednak rzadko, głównie w rolach małych, często epizodycznych – jego zawodowe losy potoczyły się więc zupełnie inaczej niż w przypadku Janusza Gajosa, Romana Wilhelmiego, Wiesława Gołasa czy Franciszka Pieczki.

Jak przyznawał kilka lat temu w rozmowie z „Głosem Wielkopolski”, jest w tym dużo jego winy, gdyż nie umie się lansować ani walczyć o siebie. – Nie mam zbyt dużo wiary w siebie i muszę czuć, że ktoś bardzo we mnie inwestuje i wierzy, i w to, że mogę podjąć się jakiegoś zadania. Tak się jakoś zdarzyło. Ja nie przegrywałem bitew, tylko po prostu ich nie zaczynałem.

– Cały czas byłem i jestem aktorem – zaznaczył. – Dziś już emerytowanym, ale cały czas funkcjonującym. Zawsze w teatrze znajdowano mi ciekawe zadania, z których wywiązywałem się zgodnie z moim artystycznym potencjałem.

Foto: INPLUS / East News


Włodzimierz Press w serialu "Czterej pancerni i pies"

W jego Grigoryju „Grzesiu” Saakaszwili, plutonowym, a potem sierżantem, kierowcą-mechanikiem czołgu 102, kochało się chyba nawet więcej Polek niż w Janku Janusza Gajosa – urzekał je zalotnym szelmowskim spojrzeniem, wrażliwością i zaradnością, a także niesfornym charakterem, do którego idealnie pasowała ułańska szabla, jaką otrzymał od wachmistrza Kality. Za sprawą czarnych oczu i charakterystycznego amanckiego wąsika aktora brano za autentycznego Gruzina. Na końcu udało mu się podbić serce plutonowej Lidki (Małgorzata Niemirska).

Zapytany przez „Tele Magazyn”, na czym jego zdaniem polegał wielki sukcesu serialu, Press wskazał na prostotę historii. – Coś było ujmującego w tym, że ci żołnierze byli wobec siebie życzliwi, że byli sobie – tak jak to ta piosenka mówi – wierni, że umieli wybrnąć z każdej opresji, bo trzymali się razem. Ich przygody były oparte na uniwersalnych wartościach, takich jak męska przyjaźń, solidarność, poczucie humoru.

Jednocześnie aktor odrzucił wszelkie zarzuty o zakłamywanie historii, jakie stawiano „Pancernym”, zwłaszcza w okresie prezesury w TVP Bronisława Wildsteina, który zakazał powtórek tego serialu, podobnie jak „Stawki większej niż życie”. – Ja jakoś w przypadku „Pancernych” nie czuję wagi tych zarzutów – mówił „Tele Tygodniowi”. – W tym serialu jest przecież mowa o prostych ludziach, zwykłych żołnierzach, a nie o jakiejś „wierchuszce”, ideologii czy propagandzie. Więc kiedy ktoś wyciąga te wielkie problemy, to zadaję sobie pytanie: w czym ci widzowie zostali aż tak strasznie okłamani?

– Ponadto – dodał – kiedy się tak zapamiętale zbija wszelkie wartości „Pancernych”, to mnie też zastanawia, czy więcej się na nich wychowało łobuzów i drani czy przyzwoitych ludzi. Ja, ilekroć spotykam się z naszymi wielbicielami, widzę, że są to naprawdę przyzwoici ludzie.

Press ma na koncie ponad 30 zazwyczaj niewielkich ról filmowych i serialowych, w tym w „Korczaku”, „Europie, Europie”, „Bożej podszewce” czy „Popiełuszce. Wolność jest w nas”. Ostatni raz na wielkim ekranie zaprezentował się cztery lata temu, jako Żyd nauczyciel w „Demonie” Marcina Wrony. Dużo więcej mógł zaprezentować na warszawskich scenach – w Teatrze Ludowym, Kwadrat, Dramatycznym, a obecnie Studio. Za rolę w „Udręce życia” w Teatrze Narodowym, w reżyserii Janusza Englerta, otrzymał w 2012 roku nagrodę Warszawskiego Feliksa.

W 2006 roku „Polityka” w swoim „Subiektywnym spisie aktorów teatralnych” zachwycała się jego rolą poczciwego proboszcza w „Bombie”– offowej komediofarsie o polskiej prowincji, którą Maciej Kowalewski napisał i wystawił w młodzieżowym Klubie M25 na Pradze. „Gra tak wyraziście, fachowo, zabawnie i celnie swój epizod, że trudno powstrzymać się od pytania, kto mu – i jego paru koleżankom i kolegom o podobnych umiejętnościach – pozwolił tyle sezonów leżeć odłogiem w teatralnej garderobie, marnując siły i talent?”

„(…) aktor wybitny, którego oglądamy zbyt rzadko – pisał wtedy „Przegląd”. – Pełen kipiącej energii, prawdy i zapału, nawet kiedy bywa niezgrabny albo natrętny”.

Oglądamy rzadko – tak. Ale słuchamy na szczęście dużo częściej – w słuchowiskach radiowych, ale przede wszystkim w dubbingu. Włodzimierz Press jest jednym z bardziej cenionych aktorów głosowych i ma dziś na swoim koncie około dwustu takich ról. Mówił do nas między innymi głosem Kermita w „Ulicy Sezamkowej”, kota Sylwestra z serii „Zwariowane melodie” i Smerfa Łasucha.

– Dubbing i radio bardzo mnie mobilizowały – opowiadał „Angorze”. – Do słuchowiska czy poezji należało się we właściwy sposób przygotować. Jednocześnie nie ma stresu, bo zawsze wszystko można powtórzyć, nie to, co na żywym planie. Nie ma też uczenia się na pamięć, co zawsze zabierało mi dużo czasu.

Press był też m.in. admirałem Ackbarem w „Gwiezdnych wojnach” i Peterem Pettigrewem w „Harrym Potterze”. Przygodę z dubbingiem rozpoczynał w 1967 roku od roli Juliusza Cezara w „Asterixie Gallu”, chociaż już wcześniej można go było usłyszeć we „Flinstonach”.

Włodzimierz Press urodził się 13 maja 1939 roku we Lwowie, gdzie jego matka, Żydówka, uciekła przed Niemcami (ojciec zginął wcześniej w obozie koncentracyjnym w Treblince). Po zakończeniu wojny zamieszkała najpierw w Krakowie, potem w Łodzi, by ostatecznie osiąść w Warszawie. – Tam kontynuowałem naukę w pierwszej klasie – mówił Press w wywiadzie z „Angorą”. – Jestem warszawiakiem, może nie z urodzenia, ale z zasiedzenia.

W liceum na Dolnym Mokotowie jego kolegami z klasy byli Feliks Falk i Marceli Łoziński.

W rodzinie Pressa nie było żadnych tradycji artystycznych, ale nauczyciele bardzo szybko dojrzeli u chłopca potencjał recytatorski i sceniczny – trafił nawet do finału krajowego konkursu recytatorskiego, w którym zajął trzecie miejsce. – Zbliżając się do matury, wiedziałem, że to jest mój kierunek – wspominał – Dlatego zdawałem do szkoły aktorskiej. W przeciwieństwie do mojego późniejszego kolegi z planu filmowego Janusza Gajosa, który miał problemy, ja dostałem się od razu. Dziś on jest wybitnym aktorem, a ja, średniakiem.

W 1963 roku Press ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie – jego przedstawieniem dyplomowym była „Opera za trzy grosze” Bertolta Brechta w reżyserii Aleksandra Bardiniego, w której zagrał rolę Mackie Majchera. Na tyle dobrze, ze szybko dostał etat w Teatrze Ludowym na Pradze (potem przeniesionym na Mokotów), wspólnie z Ewą Wiśniewską, koleżanką z roku. – Tam dostałem prawdziwy wycisk – wspominał.

Zanim trafił do Obsady „Czterech pancernych” starał się o angaż w Faraonie (1965) Jerzego Kawalerowicza. Marzyła mu się główna rola, którą jednak otrzymał Jerzy Zelnik, jego młodszy kolega z podwórka. – Śmiałem się, że wyhodowałem sobie żmiję na własnej piersi. Ale on zagrał tę postać doskonale. Był to jednak dla mnie wielki zawód. Pierwszy w mojej karierze.

Foto: INPLUS / East News


Włodzimierz Press w serialu "Czterej pancerni i pies"

O możliwości zagrania w „Czterech pancernych” powiedział Pressowi Jan Kulczyński, nowy dyrektor Teatru Ludowego.

– Szukali bruneta o południowej urodzie i mnie widzieli w tej roli – wspominał w „Angorze”. – Nie wierzyłem, że coś z tego wyjdzie. Poszedłem raczej dla paru groszy, gdyż wówczas cienko prządłem. Poza tym to był obraz wojenny, a ja wcześniej nie miałem żadnego kontaktu z wojskiem, nawet na studiach.

– Do seriali trafiało się podobnie jak dziś, w wyniku castingów, czyli próbnych zdjęć – mówił w wywiadzie z „Głosem Wielkopolski”. – Zostałem wezwany na zdjęcia i tak się stało, że szczęśliwie mnie wybrano. Nie wiem, ilu miałem kontrkandydatów. Razem z Januszem Gajosem zdjęcia próbne mieliśmy tego samego dnia. Spodobaliśmy się i w dwie lub trzy doby później otrzymaliśmy wiadomość, że jesteśmy zaakceptowani i zagramy role, on Janka i ja – Grigorija.

W trakcie tamtych zdjęć próbnych Press odegrał z Gajosem scenę bójki. Co ciekawe, grając mechanika prowadzącego czołg, nie miał nawet zwykłego prawa jazdy, do tego już wtedy dość słabo widział. Jako że czołgista nie mógł nosić okularów, a soczewek kontaktowych wtedy w Polsce nie było, wiele scen, w których Press naprawdę prowadził czołg, ekipa filmowa realizowała z duszą na ramieniu.

Serial kręcono, z przerwami, przez cztery lata (1966-1970). Powstały trzy serie, liczące łącznie 21 odcinków. Dyrektor teatru nie robił problemu, mimo że Press, mający w zespole bardzo silną pozycję, często opuszczał próby, a jego absencja miała spory wpływ na repertuar. Za zarobione pieniądze aktor kupił swoje pierwsze lokatorskie mieszkanie.

Na planie serialu Press poznał swoją przyszłą żonę, Renatę, studentkę szkoły plastycznej pracującą jako kostiumolog. Małżeństwo przetrwało dziś. – Zakochałem się, pobraliśmy się, na świat przyszedł Grześ, chyba jedyne dziecko pancernych urodzone na planie – zdradził w wywiadzie z „Przekrojem”. – Wszyscy myślą, że imię daliśmy mu na cześć granej przeze mnie postaci, ale tak naprawdę było uczczeniem mojego ojca Grzegorza, którego straciłem jako dziecko.

Dziś Grzegorz Press jest uznanym fotoreporterem, absolwentem paryskiego wydziału fotografii i sztuki wideo. Ma na koncie wiele prestiżowych nagród w konkursach fotografii prasowej, w tym II nagrodę w kategorii „Życie codzienne” w Grand Press Photo 2007 i I nagrodę w kategorii „Przyroda” w Grand Press Photo 2008. Żona fotografa, Magdalena Czerwińska, jest znaną aktorką („Kret”, „Wojna polsko-ruska”).

Córka aktora mieszka we Francji, gdzie pracuje jako lingwistka. Rodzina Włodzimierza Pressa wyemigrowała tam w stanie wojennym.

We Francji rodzina Pressa zamieszkała z jego matką, która musiała wyjechać z Polski po wydarzeniach marcowych 1968 roku. – Pojechałem do niej na wakacje – mówił w Angorze. – Z żoną i dwójką dzieci. A potem, wiedząc, że nic mnie nie czeka w teatrze, gdyż nie miałem żadnej artystycznej propozycji, postanowiłem przedłużyć pobyt.

Tęsknił za teatrem, ale nie poszedł śladami Andrzeja Seweryna i Wojciech Pszoniaka, którzy zrobili nad Sekwaną spektakularne kariery. Nie miał takiego drygu do francuskiego jak oni. – Pobyłem tam tylko trzy lata, bo poczułem, że siłą moich umiejętności jest język polski – tłumaczył.

Wcześniej aktorowi rzeczywiście nie za dobrze się w Polsce powodziło. Co prawda na scenie miał co grać – występował w Teatrze Telewizji, a do 1974 roku na deskach w Teatru Ludowego. Następnie przeszedł do bardziej komediowo zorientowanego Teatru Kwadrat – jego pierwszą rolą był tytułowy „Prawdziwy mężczyzna”, a zespole grali między innymi Janusz Gajos, Jan Kobuszewski, Krzysztof Kowalewski, Halina Kowalska, Gabriela Kownacka i Jarema Stępowski.

Po powrocie z Francji Press dołączył na zaproszenie Zbigniewa Zapasiewicza do zespołu Teatru Dramatycznego, w którym pozostał do 1991 roku i zagrał, jak mówił, „wiele przyzwoitych ról”. Potem przeszedł do Teatru Studio Jerzego Grzegorzewskiego i występował w Teatrze Narodowym. Mimo teatralnych nagród i świetnych recenzji, kino się o niego nie upomniało.

– Jestem sam sobą zawiedziony – przyznawał w „Angorze”. – Dużo winy leży bowiem we mnie, że więcej nie osiągnąłem. Ale to nie efekt braku zdolności, lecz wiary w samego siebie. Nie jest jednak chyba aż tak źle, bo choć nie było wielu sukcesów, to klęsk też nie było. Na pewno nie mam się czego wstydzić.

Dziś, ponad 50 lat po zakończeniu pierwszej emisji „Czterech pancernych i psa”, Press nie przypomina swojego bohatera. Zniknęły włosy, przybyło trochę kilogramów, szkła w okularach coraz grubsze. – Pomimo bruzd na twarzy i utraty połowy włosów, pomimo upływu (…) lat, wciąż jestem rozpoznawalny – cieszył się w rozmowie z „Tele Magazynem”. – Ludzie uśmiechają się do mnie na ulicy, mówią mi „dzień dobry”. To bardzo sympatyczne.

– Oglądam telewizję, dużo czytam – mówił, zapytany, co robi, kiedy ma trochę więcej wolnego czasu. – A z takich moich prawdziwych hobby to grywam w brydża. Myślę, że na takim ciut, ciut więcej niż średnim poziomie. Jak tylko z przyjaciółmi mamy wolny wieczór, to właśnie, żeby się oderwać od tych wszystkich codziennych kłopotów, gramy sobie w brydża. To dla mnie prawdziwy relaks.

Jak dodał, raczej już nie ma aktorskich marzeń i nie stawia sobie zawodowych celów. – Ja zawsze byłem i jestem – i mówię to w sensie pozytywnym – takim aktorem użytecznym. Niekoniecznie muszę grać główne role i wcale o nie nie zabiegam. Dla mnie istotne jest, aby moi bohaterowie mieli w sobie tę „kropelkę krwi”.

Kropelka, w przeciwieństwie do kropli, nie zawsze przecież musi drążyć skałę.


Czytaj więcej…

Aktor użyteczny. Włodzimierz Press kończy 80 lat

Nie lubię się narzucać, nie walczę o siebie – mówi Włodzimierz Press, niezapomniany Grigorij Saakaszwili z "Rudego" czołgu 102, należącego do tytułowych "Czterech pancernych", którzy w drugiej połowie lat 60. podbili serca niemal wszystkich widzów w …

Źródło: Onet.pl

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *